Poniedziałek, 7 lipca 2008 Antoniego Piotra
Szukaj w Internecie
Szukaj w Polibuda.info
Polibuda.info » Sport i turystyka » Relacje z wyjazdów   
Drukuj
Kaukaz - Bliżej Nieba
8,63/10 głosów: 8 Oceń artykuł
Po czteromiesięcznych przygotowaniach nadszedł ten długo wyczekiwany dzień – dzień wyjazdu. Już nic nie mogło pokrzyżować nam planów, a jednak myliliśmy się. Na kilka godzin przed wyruszeniem w nieznane nasza dwuosobowa ekipa zmniejszyła się do jednoosobowej. Pojawia się pytanie, co robić? Biletów lotniczych oddać nie można, bo w najtańszej taryfie nie honorują zwrotu. Samemu ciężej, mniej komfortowo, ale nie w tym rzecz. Podróżowanie w górach w pojedynkę nie jest zbyt rozsądne, w tym wypadku rozsądek nie wziął góry. Po dojechaniu do Rygi a następnie samolotem do Baku wszystkie obawy znikły, a plan wyprawy zmienił się tylko w nieznacznym stopniu.

Baku powitało mnie wschodem słońca i wilgotnym gorącym powietrzem wymieszanym z zapachem ropy naftowej.
Zobacz zdjęcia

Po dwóch godzinach poszukiwań i uprzejmości Azerów znalazłem hotel, który był w sam raz na kieszeń studenta. Już po kilku godzinach od wylądowania siedziałem na molo i łapałem ryby ku zdumieniu miejscowych. Temperatury powyżej 40 stopni Celsjusza nie są mi obce, lecz ta wilgoć potrafi człowieka osłabić, na szczęście w pobliżu są zawsze zimne trunki w niskiej cenie.

Stare miasto jest ciasno zabudowane poprzecinane uliczkami i wąskimi schodami. Na każdym kroku małe restauracje, które kuszą nieznanym zapachem, smakiem jak również ceną.

W zamyśle chciałem jak najmniej czasu spędzać w miastach, więc po kilku dniach ruszyłem w stronę gór robiąc pierwszy przystanek w miejscowości Quba, położonej o 3 godziny jazdy autobusem na północny zachód od stolicy. Podróż minęła w niesamowitej atmosferze wymieszanej z ciekawością ludzką. Poznawałem Azerów, ich otwartość, szczerość i bezgraniczną troskę o turystę, gdyż tych jest jak na lekarstwo w Azerbejdżanie. Po drodze rozwiązywałem zadania z matematyki, ponieważ był to czas egzaminów. Gdy tylko powiedziałem, co studiuję od razu miałem kilka testów na kolanach.. Zatrzymywaliśmy się przy punktach czerpania wody, przy których kwitł handel uliczny. Jadąc, z jednej strony miałem Morze Kaspijskie a z drugiej początek wspaniałych gór. Zaczynałem czuć atmosferę kraju, do którego dotarłem. Czas zaczął płynąć zgoła inaczej, w ogóle czas nie był istotny. Dzień zaczynał się wschodem słońca a kończył zachodem. Brak pośpiechu, dążenia do jakiegoś celu. Schowany zegarek do plecaka to było to, czego bardzo potrzebowałem.

Jak żyć bez zegarka w podróży? Jednak można, nie istniało coś takiego jak rozkład jazdy. Autobusy odjeżdżały wtedy, gdy kierowca uznał, że jest wystarczająca ilość osób, aby kurs się opłacał.

Dzień zaczynałem od wysłuchiwania nawoływań do modlitwy muezinów, sporej ilości arbuza gdyż był to towar wszechobecny, gaszący pragnie oraz ciągłymi pozdrowieniami i zapytaniami skąd jestem, jak mam na imię, gdzie już byłem, dokąd jadę i jak podoba mi się kraj.

Wieczorami siadałem do kolacji z nowo poznanymi ludźmi, biesiadowaliśmy przy baraninie, zagryzając wszystko oczywiście arbuzem. Taka sielanka nie trwała zbyt długo gdyż dni uciekały a ja nadal tkwiłem na 2000 m.n.p.m. Po zrobieniu ostatecznych, niezbędnych zakupów ruszyłem wynajętym ułazem w czterogodzinną podróż po czymś, co nie mieści się w kategorii jakiejkolwiek drogi. Widoki były cudowne zapierające dech w piersiach, a to dopiero brama do królestwa Kaukazu, o czym miałem przekonać się już wkrótce.

Dotarłem do miejscowości Xinalig, do miejsca gdzie ludzie posługiwali się dziwnym językiem poprzeplatanym z gestykulacją. Mimo że nic nie rozumiałem na naszych twarzach był uśmiech i wzajemne zaciekawienie. Rozpakowałem swój plecak, gdyż był wytykany palcami. Prawie wszystko zostało przymierzone. Hitem okazały się okulary, których już więcej nie zobaczyłem. Miedzy domami suszyła się baranina, dzieci nie odstępowały mnie na krok. Byłem otoczony górami, które zmieniały krajobraz w zależności od wysokości słońca na niebie. Następnego dnia pobudka o czwartej rano, wszyscy domownicy byli już na nogach. Zjedliśmy wspólne śniadanie i rozstaliśmy się.
Ruszyłem w drogę, która miała trwać dwa dni, jak się później okazało przedłużyła się do sześciu. Byłem tak zachwycony napotykanymi szczytami, że nie potrafiłem się z nimi rozstać. Przed wejściem w ten obszar gór byłem przestrzegany przed stadami dzikich owczarków kaukaskich. Nie było to bezpodstawne. W gruncie rzeczy żaden mnie nie zaatakował, ale wielokrotnie warczały i ujadały na mnie. Mimo sporego dystansu od najbliższej wioski napotykałem pasterzy ze swoimi stadami owiec, baranów i tabunami koni, które bez żadnego krępowania biegały w wielokilometrowej dolinie ogrodzonej czterotysięcznikami. Piękny widok. Było to jak cofnięcie się w czasie, gdy człowiek jeszcze wszystkiego nie posiadł i nie okiełznał. Zostawiałem obóz i ruszałem na całodniowe szesnastogodzinne marsze, wspinaczki, które kończyły się powrotem po zmroku. Czasami, gdy wracałem koło mojego namiotu z daleka widziałem pasterzy zainteresowanych moim ekwipunkiem. Ku mojemu zdziwieniu zostawiali mi ser i baraninę w namiocie. Nie mogłem uwierzyć jak bardzo troszczą się o swojego jakby nie patrzeć gościa. Dzieci, które spotkałem niczym nie skrępowane wyjmowały rzeczy z mojego plecaka. Suchy prowiant rozdałem, gdyż nie było sensu go dźwigać, ponieważ po pierwszym dniu w górach wiedziałem, że nie pójdę spać bez brzucha pełnego od baraniny i warzyw.

Gorące kubki i kaszki mleczno - ryżowe były w sam raz dla dzieci, ciekawskich, które obserwowały każdy mój ruch.

Odprowadzały mnie do kolejnych obozów. Pomagały odpędzać psy, które podkulały ogon na kilka niezrozumiałych przeze mnie słów. Miałem szczęście pogoda nie robiła mi figli. Było słonecznie i przyjemnie a zapach zieleni wokół sprawiał wrażenie jakby się było na wiosennej łące. Po kilku dniach od wyjścia z Xinalig dotarłem do Laza. Miejsce to było usiane wodospadami, ciągłym szumem wody i pięknymi widokami na Kaukaz. Następnego dnia dotarłem do miasta Quba, a następnie do Baku by jeszcze tego samego dnia ruszyć na zachód w stronę granicy z Gruzją. Po drodze mijałem wsie i miasteczka, poznawałem nowych życzliwych ludzi, którzy oferowali mi swoja gościnność, dach nad głową, wyżywienie, niezapomniane wrażenia z kąpieli w rzekach oraz z festynów. Byłem również na dwóch weselach. Zaobserwowałem, że im dalej od miast tym ludzie są bardziej otwarci i wręcz prosili mnie, abym u nich zamieszkał. Było to dla mnie na początku krępujące, ale z czasem przyzwyczaiłem się i chętnie korzystałem z gościnności, odwdzięczając się np. pilnowaniem owiec, które i tak zawsze mi gdzieś uciekały. Jak to bywa w podróży były też problemy zdrowotne. Nie pozwolono mi się ruszać i co chwilę miałem herbatę do łóżka z lekarstwami, ciągłą oraz fachową opiekę. Przy przekraczaniu granicy z Gruzją w Lagodechi zostałem poddany badaniom, które miało na celu wykryć czy przypadkiem nie jestem napromieniowany. Badania polegały na oględzinach, pomiaru temperatury i wyciągnięciu z portfela 5 Manatów.

Gruzja już od granicy była odmienna w porównaniu z Azerbejdżanem. Zielone pola i wszędzie winorośle. Po dwóch dniach dotarłem do stolicy Tbilisi, po czym niezwłocznie udałem się do długo wyczekiwanego miejsca. Pokonując Gruzinską Drogę Wojenną dotarłem do Kazbegi, gdzie w tle królowała góra, o której myślałem bez przerwy, Kazbek - 5047m.n.p.m, jeden z celów mojej wyprawy. Po dotarciu postanowiłem późnym wieczorem przejść do górującego nad miastem kościoła, symbolu Gruzji - Tsminda Sameba. Szedłem krętą ścieżka a wiatr wzmagał się niemiłosiernie. W pewny momencie, gdy już byłem blisko celu tak zawiało, że aż straciłem kontakt z ziemią i stoczyłem się kilka metrów. Na szczęście zatrzymując się na sosnach. Namiot pomogli mi rozbić koledzy z Czech częstując herbatą i zapraszając do oglądania pięknego nieba usianego milionami gwiazd. Był to najpiękniejszy widok nieba, jaki kiedykolwiek widziałem, gwiazdy spadały co kilka sekund.

Rano ukazał się Kazbek spowity w pojedynczą chmurę, oplatającą jego wierzchołek. Obserwowałem wschód słońca, który rozjaśniał czapę śnieżną. Po obfitym śniadaniu ruszyłem na rozpoznanie terenu, na zaznajomienie się z nowym otoczeniem pięknych wierzchołków, które tylko na pozór wydawały się na wyciągnięcie ręki. Przekonałem się o tym jeszcze tego samego dnia, gdy obrałem sobie pewien niewielki szczyt do zdobycia, lecz niestety zostałem odcięty przez rzekę, która nie byłem wstanie przekroczyć. Po dwóch dniach ruszyłem dalej zatrzymując się dopiero u podnóża lodowca. Nie byłem już sam maszerowałem z pewna grupą z Wrocławia, poznaną w czasie zwijania obozu przy kościele. Wieczorami snuliśmy plany na następne dni. Każdy z nas aż rwał się do przodu by jak najszybciej przejść lodowiec i dostać się do stacji meteorologicznej na 3700m.n.p.m. Lodowiec był fantastycznie przesiany szczelinami. Z zewnątrz brudny transportujący materiał a w spękaniach, piękny, błękitny, czekający na źle postawiony krok.

Pogoda zmieniała się diametralnie, słonce, deszcz i przechodzące chmury, które przysłaniały wszystko poniżej nas, odsłaniając jednoczenie szczyty gór. Z bliska Kazbek wydawał się nieosiągalny, majestatyczny czekający na bardziej wtajemniczonych we wspinaczce górskiej. Dla mnie to nadal nie zdobyta góra, ale to tylko kwestia czasu - góra poczeka. Żal było opuszczać te rejony, ale taka jest już kolej podróżowania. Czekały nowe miejsca, którymi będę się zachwycał, choć Kazbek w moich myślach był do końca wyprawy przywoływany codziennie.
Nieuchronnie zbliżałem się do Polski nadal byłem daleko, ale każdy dzień przybliżał mnie do domu. W drodze nad Morze Czarne zatrzymywałem się w wielu miejscach, zarówno wioskach jak i miastach. Zależne to było czasami od tego gdzie spotykała mnie noc.
Mijałem po drodze Upliscyche, Gori, Kutaisi, Poti, Batumi. Najbardziej w tych okolicach przypadły mi do gustu kamieniste plaże, puste w czasie poza weekendowym. Również i tutaj spotykałem się z dużą serdecznością napotykanych ludzi, z którymi niejednokrotnie podróżowałem dalej. W Turcji tuż przy granicy z Gruzją zatrzymałem się na kilka dni, gdyż zostałem zaproszony przez Turka, który za wszelką cena chciał abym poznał cześć kraju w jego towarzystwie. Wiec jeździliśmy po okolicy i zatrzymywaliśmy się w miejscach przykuwających wzrok. Następnie w ciągu dwóch dni przejechałem północną cześć Turcji wzdłuż morza, by w końcu dotrzeć do Istambułu i tam rozkoszować się architekturą i klimatem tam panującym. Dni były strasznie duszne, dlatego też noc była tą porą, kiedy budziło się życie na ulicach. Tylko olbrzymie świątynie zachęcały do zwiedzania oferując poza pięknym wnętrzem chłodne powietrze. To niesamowite jak czasami po długiej nieobecności w zatłoczonych miejscach człowiek nagle nie potrafi się odnaleźć. Dni mijały na wieczornym spacerowaniu wąskimi ulicami Istambułu niejednokrotnie tracąc orientację.
Kolejnym przystankiem było wybrzeże Morza Czarnego, miasto Burgas, następnie Varna. Po trzech dniach wylegiwania się na plaży zatęskniłem za domem. Autostopem dostałem się do Bukaresztu a następnie podróżując samochodami ciężarowymi dotarłem do Warszawy.

Z przyjemnością odpowiem na wszystkie pytania związane z moja wyprawą, gdyż informacje zawarte w tekście nie są wyczerpujące. Zainteresowanych proszę o pisanie na adres e-mail
Oceń artykuł
8,63/10 głosów: 8
Autor: k.dzierzawski(o)op.pl dnia: 04.11.2007 [16:45]
Dodaj do: Dodaj do Google Bookmarks Dodaj do Wykop.pl Dodaj do del.icio.us Dodaj do gwar.pl


komentarze (0)

Twój komentarz może być pierwszy.

Dodaj nowy komentarz

Jesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.



Zwiększ wysokość pola Zmniejsz wysokość pola

6 + 9 plus sześć =

*zabezpieczenie antyspamowe (dla niezalogowanych użytkowników)

Dodawanie komentarzy:
Użyj [http://www.polibuda.info] lub [http://www.polibuda.info|opis] przy wstawianiu odsyłaczy..
Tagi HTML są zablokowane.