| ||
|
Polibuda.info » Kultura » Felietony
Może był w tym element jakiejś tajemniczej fascynacji nieznanym mi dotąd wielkim miastem. Pamiętam, że odkąd zacząłem myśleć o tym wyborze w tych kategoriach, wciąż miałem w głowie słowa cytowanej w tytule piosenki Lady Pank "Stacja Warszawa". Czy mogę dziś powiedzieć, że to w pełni moje miasto? Na pewno w jakiś sposób wsiąkłem w nie. Nie jestem stałym bywalcem klubów, dyskotek kin czy teatrów, wystaw ani koncertów. Wszystkie te atrakcje zdarzają mi się od czasu do czasu. Moje życie w tym mieście, jak i moja dyskretna nim fascynacja ogranicza się do obserwowania cyklu życia miasta. Chodników, ulic, tuneli, pasaży, ludzi na stacjach metra. Zaczynam odnosić wrażenie, że można spojrzeć na miasto jak na jeden wielki organizm, w którym każdy z nas jest jakąś małą komórką. Skóra tego organizmu szczelnie opięta jest gdzieś nad ulicami, naciągnięta na średniej wysokości dachach. Na wierzchu pozostają budynki wysokie stanowiące widoczną na pierwszy rzut oka ozdobę. Pod skórą płynie gorąca krew. Płynie arteriami ulic, chodników, liniami komunikacji miejskiej, krzyżującymi się gdzieś w centrum. Zadziwiająco łatwo można znaleźć aortę: jest to przecinająca miasto jedyna linia metra. Każdy kto kiedyś żył w małym miasteczku, wie jak pusto jest na ulicach w nocy. Warszawa natomiast po zmroku nie jest martwa. Po prostu śpi. Ciśnienie krwi w tętnicach miasta powoli się obniża, by zapaść w delikatny sen. Nie gasi nawet nocnych świateł, gdyż budzi się do życia już po paru godzinach. System nerwowy miejskiego organizmu jest jednak nieco nieskładny. Ciężko wskazać jego dokładne centrum. Bombarduje nas zatem informacjami potrzebnymi i niepotrzebnymi na każdym kroku. Billboardy, reklamy, neony, tysiące ulotek rozdawanych bądź rozrzucanych. Promocje, transparenty, głośniki. Nie znając swojego celu łatwo można by się w tym pogubić. Zagłębiając się w ciepłych wnętrznościach podziemi pod Dworcem Centralnym przyglądam się temu osobliwemu organowi odpowiedzialnemu za wymianę ludzi z zewnętrznym światem. Ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża. Równowaga jest zachowana. Jednak poruszając się dalej, w głąb miasta, do centrów handlowych, galerii, kin, teatrów, klubów, zaczynam mieć wrażenie, że miasto to w istocie nie jeden organizm, lecz symbiotyczny układ wielu mniejszych organizmów. Są nimi instytucje, uczelnie, niektóre dzielnice. Żyją w doskonałej harmonii, a ich energią życiową są życia mieszkańców. To co wnosimy do tego miasta w istocie je napędza. Każdy mieszkaniec nadaje mu rytm życia. W gruncie rzeczy można by idąc tym tropem, rozbić to miasto jeszcze bardziej, na pojedynczych mieszkańców. Każdy jest tutaj na swój sposób sobą. Każdy kształtuje swoją indywidualność i każdy wnosi coś zupełnie innego. Strukturę miasta tworzą zatem ludzie, oddziaływując ze sobą na wzajem na różne sposoby, w różnych miejscach, żyjąc różnymi życiami. Która z tych trzech koncepcji jest poprawna? Myślę, że wszystkie. Miasto jest w istocie trochę jak abstrakcyjna konstrukcja wielowymiarowa. Jak na wymyślnym hologramie, zależnie od punktu widzenia otrzymujemy realny i za każdym razem inny obraz miasta w którym pracujemy, śpieszymy się, odpoczywamy, kochamy, poznajemy, odkrywamy, poruszamy się i po prostu żyjemy.
Źródło informacji: Tekst autorski
Autor: Paweł Trojnar dnia: 21.02.2008 [11:00]
komentarze (3)
Strona: 1/1
1 Dodaj nowy komentarzJesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.Dodawanie komentarzy: |
|