| ||
|
Polibuda.info » Kultura » Kino » Recenzje
Maraton rozpoczął się krótkim występem grupy tanecznej "Riviera", która zaprezentowała możliwości swoich młodych wychowanków w tańcu, zwanym powszechnie hip-hopem (chociaż nie powiem, żeby młodzi wychowankowie byli z tej możliwości szczególnie zadowoleni - ich miny na pewno o tym nie świadczyły). Pierwszy "Step Up" (w Polsce promowany z przezabawnym podtytułem "Taniec Zmysłów") oglądałem już wcześniej, ale przyznaję, że sceny taneczne robią wrażenie wprost proporcjonalne do wielkości ekranu. Film nie może się pochwalić jakkolwiek zawiłą, skomplikowaną czy choćby troszkę ambitną fabułą, chociaż i ta ma swoje uroki - głównie te związane ze światem tańca, który pokazany jest dość realistycznie, jak na tak schematyczny film. Cała historia zaczyna się od dwóch wydarzeń, które zaważą na życiach głównych bohaterów. On: Tyler - typowy (i przystojny) przedstawiciel "problematycznej młodzieży", wychowujący się (z trudem) w rodzinie zastępczej wraz z dwójką przybranego rodzeństwa, niszczy wraz ze swymi dwoma czarnymi kumplami scenę teatralną w MSA (Maryland School of Arts) - prestiżowej szkoły muzyczno-taneczno-plastycznej w Baltimore. Ratując z opresji przyjaciół (tym heroicznym czynem od razu zdobywając sympatię widza, oczywiście), sam wpada w łapy stróża, a następnie - do sądu, który skazuje go na 200 godzin prac społecznych w tejże szkole. Ona: Nora - typowa (i piękna) dziewczyna z dobrego domu, która, nie znajdując oparcia i zrozumienia w matce, poświęca się całkowicie tańcowi, przygotowując się na najważniejszy występ w swej karierze - coś w rodzaju obrony pracy magisterskiej, tyle, że na parkiecie. Niestety (a raczej, jak się okaże, stety) jej partner w bliżej nieokreślonych okolicznościach skręca kostkę. Nora w rozpaczy szuka kogoś, kto mógłby go zastąpić, dopóki nie wyleczy kontuzji. Tym kimś okazuje się, oczywiście, Tyler. Następnie oglądamy piękne rozwinięcie tematu, naukę tańca, wspólne spacery i rozwijające się uczucie. Gdzieś w tle przewijają się jeszcze wątki z dwulicowym chłopakiem Nory (którego rzuca, zgadnijcie dla kogo?) oraz Miles'a - młodego, zdolnego producenta muzycznego z MSA i Lucy - przyjaciółki Nory, tancerki i wokalistki. Nie trzeba chyba mówić jak, przez wszelkie przeciwności losu, problemy, własną głupotę a nawet śmierć jednego z kumpli Tyler'a, On i Ona w końcu występują razem na scenie, osiągając sukces, odnajdując miłość i Bóg wie, co jeszcze. Jak jednak nie krytykowalibyśmy fabuły "Step Up", trzeba przyznać, że muzycznie i tanecznie film przygotowany jest po prostu świetnie. Większość muzyki została stworzona specjalnie do filmu, świetnie tworząc jego klimat. Scena występu Lucy i Miles'a na pewno przejdzie do historii filmów tanecznych. Podobnie zresztą jak pięknie zrealizowany finałowy występ Tyler'a i Nory. Drugi "Step Up" (tym razem, dla odmiany, w kraju nad Wisłą pozbawiony podtytułu "The Streets") zaczyna się ciekawymi nagraniami breakdance opatrzonymi bezdennie płytkim (tak, dokładnie to mam na myśli) i banalnym komentarzem głównej bohaterki, Andie. "Mama zawsze mi mówiła: bądź sobą. Życie jest zbyt krótkie na udawanie innych". Masakra. Ale, jak się okazuje, mama posiadała chyba jakieś zdolności przewidywania przyszłości - dla niej życie faktycznie okazało się krótkie. Andie, pozbawiona rodzicielki, ląduje pod opiekuńczymi skrzydłami przyjaciółki jej mamy, z którą jednak buntownicza dziewczyna nie dogaduje się najlepiej - kogoś wam to przypomina? Po krótkiej kłótni, z perspektywą wysłania do Teksasu (brrr), ucieka z domu i kieruje swe kroki do okolicznego klubu - Dragon. Tam spotyka, całkiem przypadkowo, nikogo innego a Tyler'a z pierwszej części filmu. Okazuje się, że nie tylko robi on teraz karierę jako zawodowy tancerz, ale jest także starszym bratem Andie! (i tu od razu przypomina się scena z pierwszej części, podczas której Tyler uczy swoją młodszą przybraną siostrę paru kroków) Przyjechał (zupełnym przypadkiem) w odwiedziny, dowiedział się o problemach dziewczyny i natychmiast ruszył do Dragona (a jakże), by namówić ją na naukę w MSA. Gdy ta nie chce się zgodzić, ten wyzywa ją na taneczny pojedynek, który, oczywiście, wygrywa. Chcąc nie chcąc Andie idzie na przesłuchanie, gdzie wpada w oko niejakiemu Chase'owi - najlepszemu tancerzowi w szkole. (przystojny i bogaty, nie znajdujący jednak zrozumienia w rodzinie - kogoś wam to przypomina?) Po jakimś czasie (gdy dziewczynę wywaląją z "410" - jej "ekipy") postawiają wspólnie zebrać grupę, by wziąć udział w słynnym nielegalnym turnieju tańca - The Streets. Następnie film zgrabnie rozwija temat, ukazując nam lekcje tańca i rozwijające się między bohaterami uczucie. Nie trzeba chyba mówić jak, przez wszelkie przeciwności losu, problemy, własną głupotę a nawet brutalne pobicie, ekipa Andie i Chase'a w końcu wygrywa The Streets, bohaterowie odnajdują miłość a źli tancerze z "410" odchodzą ze spuszczonymi głowami. Na szczęście w tej części jest zdecydowanie więcej scen tańca, (z których wszystkie są świetnie nakręcone i ogląda się je bardzo przyjemnie) a zdecydowanie mniej gry aktorskiej (od pierwszych słów do ostatniego pocałunku stuprocentowo sztucznej i niewiarygodnej) W zasadzie, myślę, że film niewiele by stracił, gdyby wyciąć z niego wszystkie nie-taneczne sceny. Kto wie, może nawet by zyskał? W kwestii tańca sequel przewyższa pierwszy "Step Up", co widać nawet moim gołym, absolutnie amatorskim w kwestii brykania w rytm muzyki, okiem. O ile pierwsza część przedstawiała się naprawdę świetnie choreograficznie, to druga wygląda jeszcze lepiej głównie za sprawą charakterystycznych tancerzy z ekipy Andie, z których każdy ma własny styl. I tu na największą uwagę zasługuje GENIALNY Moose. (grany przez niejakiego Adama G. Sevani - jedynego aktora i tancerza, o którym warto wspomnieć w recenzji obu filmów) Jest to chyba najbarwniejsza postać ze wszystkich. Na co dzień nieśmiały, wychudzony, zdziwaczały chłopaczek, pałętający się po MSA, a w tańcu... Po prostu niesamowity. Część finałowego występu w The Streets, kiedy cała reszta ekipy leży, a on sam tańczy na środku zrobiła na mnie zdecydowanie największe wrażenie. Muzyka podobała mi się nieco mniej, niż w pierwszej części, ale nie była też znowu taka zła, żeby przeszkadzała w odbiorze tego, bądź co bądź nietrudnego, filmu. Spodziewałem się jednak czegoś lepszego, więcej innowacji. Podsumowując: Jeśli nieobce Ci jest uczucie gibania się i stukania stopą w rytm muzyki, szczególnie hip-hopu i r'n'b, to na pewno z chęcią obejrzysz oba filmy. Choćby po to, żeby pooglądać młode, świetnie poruszające się tancerki. (względnie przystojnych tancerzy) Jeśli jednak szukasz w kinie wrażeń innych niż tylko estetyczne, pragniesz rozkoszować się świetną grą aktorską oraz wciągającą, zaskakującą fabułą, to spokojnie możesz ominąć oba "Step Up".
Źródło informacji: Informacja własna
Autor: Filip Łysyszyn dnia: 03.03.2008 [21:30]
komentarze (2)
Strona: 1/1
1 Dodaj nowy komentarzJesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.Dodawanie komentarzy: |
|