Poniedziałek, 7 lipca 2008 Antoniego Piotra
Szukaj w Internecie
Szukaj w Polibuda.info
Polibuda.info » Aktualności » Polecane   
Drukuj
Detektyw Max D. - Odcinek II



Historia detektywa Maxa D.

Odcinek : 2

...Po zniknięciu złotowłosej swe kroki skierowałem prosto do biura. Musiałem zdobyć kilka niezbędnych kontaktów. Jednocześnie zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam kiedy po raz ostatni miałem coś w ustach, a nie miałem przy sobie ani grosza. Po dotarciu na miejsce przeżyłem wielkie rozczarowanie. Okazało się, że w lodówce, która, notabene, nie działała już od bardzo dawna, jest tylko stara woda mineralna, majonez i trzy plasterki gnijącej już cytryny. Majonez był raczej nie najlepszym pocieszeniem dla mojego pustego żołądka. Zrezygnowany skierowałem swoje kroki ku wyjściu, sprawdzając po drodze skrzynkę na listy. Właściciel lokalu nie omieszkał mi po raz kolejny przypomnieć o nie płaconym od trzech miesięcy czynszu. Trzech?! Zaraz, zaraz... To już tyle czasu minęło? Niebywałe... Bez żadnych wątpliwości potrzebowałem szybkiego przypływu gotówki, skoro powoli zaczynało mi już brakować pieniędzy na bieżące wydatki. Narzuciłem na siebie płaszcz, chwyciłem kapelusz i wkroczyłem na zalane mrokiem i strugami deszczu ulice.

W kawiarni było mnóstwo ludzi, jednak znalazło się jedno wolne miejsce przy barze. Właścicielem lokalu był podstarzały weteran wojenny. Znał mnie doskonale – w końcu nie była to pierwsza moja wizyta w tym miejscu. Bez słowa podał mi zestaw o kryptonimie „to-co-zawsze” w pakiecie z najgorszą kawą, jaką to miasto było w stanie zaoferować. Nie przyszedłem tu jednak z powodów gastronomicznych, a dlatego, że potrzebowałem informacji. Minęła zaledwie krótka chwila, zdążyłem przełknąć pierwszy kęs marnego posiłku, gdy zobaczyłem to, czego szukałem. Dwóch mężczyzn siedziało przy stoliku obok ściany. Schowani za rozłożonymi gazetami nie rzucali się specjalnie w oczy. Nie śpiesząc się dokończyłem swój posiłek i jednym haustem wypiłem kawę. Dopiero wtedy spokojnym krokiem podszedłem do nich. Widziałem ich po raz pierwszy w życiu, jednak nie miałem wątpliwości, że to oni są tymi, których w tym momencie potrzebowałem. Jeden był wysoki i chudy, z zapadniętymi oczami i kilkudniowym zarostem na twarzy. Drugi natomiast, trochę niższy i bardziej krępy niż jego towarzysz, miał zastygły, prawie posągowy wyraz twarzy. Przedstawiał się jako ‘Ściana’. Obydwaj byli spokojni, opanowani, mówili cicho i ostrożnie, uważnie ważąc każde słowo. Widziałem, że na ogół mają dużą wiedzę o wszystkim, co dzieje się w mieście. Urzędowali właśnie tutaj – w tej obskurnej kawiarence, którą cywilizowany świat najchętniej wyrzuciłby ze swoich ram. Mówiono o nich jako o tych, którzy potrafią odpowiedzieć na każde pytanie. Okazało się jednak, że nie jest to do końca prawdą. Gdy zapytałem ich tajemniczego K.A. nie potrafili podać mi żadnych konkretów. Ściana powiedział tylko, sam chyba nie dowierzając własnym słowom, że o jedyne, co wiedzą z zasłyszanej przypadkiem plotki to to, że pojawił się w mieście jakiś nieznany nikomu człowiek, który dobrze płaci za wykonywanie brudnej roboty, a zatrudnia najlepszych w tym fachu.

Zdałem sobie sprawę, że mój trop okazał się ślepy i niczego nowego się od nich nie dowiem. Pożegnałem się z nimi zdawkowo, wygrzebałem z kieszeni kilka monet i, zapłaciwszy za jedzenie, opuściłem lokal. Deszcz ciągle padał, jednak już dużo słabiej i powoli zdawało się rozpogadzać. Ulica była pusta i uśpiona, jedynie z oddali dobiegały przytłumione odgłosy nocnego życia miasta. Powolnym krokiem ruszyłem w kierunku parku. Gdy przechodziłem przez skrzyżowanie, nadjechała ciężarówka dostawcza. Początkowo nie zwróciłem na nią uwagi, w końcu to tylko samochód. Po chwili jednak zorientowałem się, że znacznie przyspieszyła, jadąc w moim kierunku. Natychmiast odskoczyłem na bok, zawadzając barkiem o boczne lusterko. Ciężarówka zatrzymała się z piskiem opon. Wyskoczyło z niej trzech zamaskowanych mężczyzn z bronią w rękach. Natychmiast otworzyli ogień. Gdybym wierzył w cuda uznałbym zapewne, że właśnie doświadczyłem jednego z nich, bo udało mi się przetoczyć za zaparkowany samochód, przy czym żadna z kul nawet mnie nie drasnęła. Szybko dobyłem mojego colta. Mówią, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Bzdury! Moim najlepszym druhem i najwierniejszym kompanem był Colt M1911, kaliber 45. On jako jedyny w całym moim życiu nigdy mnie nie zawiódł. Potrafił wpakować cały magazynek w odległy cel w mgnieniu oka, nigdy się nie zacinał, działał nawet w bardzo niekorzystnych ku temu warunkach. Przez wiele lat ten właśnie pistolet pomagał mi przeżyć w nawet najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Napastnicy nie byli odpowiednio przeszkoleni, co było widać na pierwszy rzut oka, jednak brak doświadczenia nadrabiali determinacją. Niestety dla nich - z dosyć marnymi skutkami. Postrzeliłem dwóch z nich, trzeciemu udało się dobiec do ciężarówki. Nie zdążyłem go zatrzymać. Odjechał. Zostało tylko tych dwóch leżących na mokrym chodniku. Po krótkiej, ale intensywnej rozmowie z zastosowaniem wszelkich znanych mi technik skłaniania ludzi do mówienia, jeden z nich – ten, który był w stanie jeszcze mówić, podał mi nazwisko osoby, która ich wynajęła. Zbył to znany bukmachera, posiadający zakład przy wyścigach konnych. Ja jednak od początku wiedziałem, że chodzi o kogoś zupełnie innego. O człowieka-zagadkę.
Musiałem zacząć działać. Natychmiast. Tylko od czego zacząć?...



Źródło informacji: Informacja własna
Autor: kalendarz.akademickiPW(o)gmail.com dnia: 20.05.2008 [18:45]
Dodaj do: Dodaj do Google Bookmarks Dodaj do Wykop.pl Dodaj do del.icio.us Dodaj do gwar.pl