Jak zostać matką dziesiątki i jeszcze zarobić

Prawie każdy student pracuje w wakacje. Kino, restauracja, pub, empik. W mieście takim jak Warszawa jest tyle różnych zajęć, że ciężko siedzieć bezczynnie. A to i tak tylko rzeczy, które możemy robić, nie wyjeżdżając poza stolicę. Na przykład, jeden z naszych redaktorów na okres wakacji postanowił zostać wychowawcą na obozach młodzieżowych.

Dzień pierwszy.

Idę po parkingu ciągnąc za sobą walizkę, do której spakowałem rzeczy mające służyć za mój dobytek przez następne półtora miesiąca. Na sobie mam koszulkę z napisem „Instruktor” oraz szorty. Z nieba leje się żar. Na przedwyjazdową odprawę kadry docieram jeszcze przed czasem, jednak już widzę rodziców wylewnie żegnających swoje pociechy i przypominających im o kurtkach, czapkach i kremach z filtrem, które włożyli do ich bagaży. Mam poczucie trzymania wszystkiego pod kontrolą, gdy piętnaście minut później pomagam pakować owe bagaże do luku autokaru, oraz kiedy las machających, rodzicielskich rąk znika , gdy wytaczamy się na ulicę.

Dzień drugi.

Poczucie kontroli znikło jeszcze wczoraj, gdy tylko dojechaliśmy, jeszcze przed apelem początkowym. Albo w ogóle go nie było, a owo wrażenie było jedynie ułudą, a totalny chaos jaki powstał jak tylko wysiedliśmy z autokarów przywrócił mnie do rzeczywistości. Przykry dźwięk alarmu wyrywa mnie ze snu. Patrzę na zegarek świeżo zakupiony wczorajszego ranka. Na co dzień nie noszę, tutaj jednak musiałem mieć. Cyferki składają się w siódmą dwadzieścia, co oznacza, że nadeszła pora pobudki. Porzucając nadzieje na jeszcze jedną drzemkę odrzucam ciepłą kołdrę i naciągam na siebie dresy. Wchodząc do pierwszego pokoju, nad którym przydzielono mi opiekę, wciąż jeszcze widzę jakby przez mgłę. Na szczęście obudzeni podopieczni nie zauważają mojego niewyjściowego wyglądu, co wnioskuje po braku pełnych strachu krzyków. W pokoju numer 2 udaje mi się nawet nawiązać krótką rozmowę:
Apel poranny za 20 minut. Przyjdę po Was, tymczasem macie chwilę na ubranie się
Eheeeeeem – słyszę w odpowiedzi, po czym wychodzę.
Wracam do siebie i kalkuluję sobie czas, jaki pozostał mi na prysznic. Nie wiem jeszcze, że takie kalkulacje staną się codziennością, a piętnaście minut wolnego czasu niemalże wiecznością. Spłukuje się wodą, myję zęby, nakładam ubrania i wybiegam, by zebrać dzieci. Tu czeka na mnie pierwsze zaskoczenie, gdyż po wejściu do ich pokoju widzę, że jeszcze nikt nie jest gotowy. Co więcej, dwie z pięciu osób wciąż śpią. Kolejny raz sprawdzam czas. Do zbiórki zostały dwie minuty. No, to by było na tyle, jeśli chodzi o dobre wrażenie w nowej pracy – przeklinam się w duchu, że pół godziny wcześniej nie przyszło mi do głowy, że należy zadbać, aby wszyscy faktycznie opuścili łóżka, a nie tylko się na to zgodzili.
Na zbiórkę dotarliśmy z pięciominutowym opóźnieniem. Pozostałym wychowawcom musiało udać się sprowadzić swoich podopiecznych o czasie, bo patrzyli na mnie z politowaniem, kiedy prowadziłem swoją gromadkę. Potem zaczął się codzienny rytuał, a ja dowiedziałem się, że dzisiaj prowadzić będę zajęcia z żagli i kajaków, każdego po trzy godziny. I że na śniadanie wchodzę za dziesięć minut, mam się nie spóźnić. Oczywiście, spóźniłem się.


-Zacznijmy jeszcze raz, od początku. Widzisz tą metalową część na końcu liny, tą, która wygląda jak podkowa?
-No widzę.
-Tam jest taka śrubka. Trzeba odkręcić, później przykręcić w tym miejscu – biorę żagiel w rękę i palcem wskazuje na docelowe miejsce umieszczenia omawianej części – Teraz pomogę twojej koleżance, powinieneś już sobie poradzić. Bierzemy tę linę, przekładamy tędy..
-Proszę pana, ale ja nie mogę!
-Co się stało?
-No ta śrubka, jej się nie da odkręcić. - podchodzę i pokazuje, że należało spróbować kręcić w drugą stronę. Zerkam na zegarek. Minęło już pół godziny zajęć, a nam nie udało się postawić jeszcze ani jednego żagla.
-Dobra, załogo, lekcja pokazowa. - poddaje się i sam robię rzeczy, które tłumaczyłem. - pora zacząć pływanie.

Dzień 3.

Trzeciego dnia zamiast kajaków dostaje rowery. Przyjmuję to z radością, bo prognozy trzydziestostopniowego upału nie zachęcają do powtórzenia wczorajszego wiosłowania. Do lasu wyruszam z mapą i apteczką samochodową. A, byłbym zapomniał, z dziesiątką dwunastolatków. Jakkolwiek pierwsze kilometry mijają spokojnie, w połowie zaplanowanej trasy pęka łańcuch w jednym z rowerów. Telefon do ośrodka, po dwudziestu minutach przyjeżdża instruktor z dodatkowym rowerem. Dziesięć minut później ktoś inny spada z roweru i korzystam z apteczki, bo z kolana leje się krew. Na szczęście po chwili możemy jechać dalej. Zwiększam tempo, chcąc nadrobić stracony czas. Po chwili jednak przychodzi mi to odpokutować, bo muszę zawrócić po zasapanego chłopaka, który prowadzi rower. Gdy wracamy widzę, że w jednym z rowerów nie ma powietrza w kołach.
Czasem myślę, że nie warto wierzyć w cuda, bo można się tylko rozczarować. A czasem się miło zaskakuje. Tak jak na przykład tego dnia, kiedy udało mi się wrócić z rowerowej wycieczki na czas.

Dzień 4... i każdy następny

Czwartego dnia okazuje się, że wygląda on tak jak poprzednie. Piątego okazuje się to samo. Codziennie żagle, codziennie inne zajęcia. Coraz bardziej wkręcam się w prowadzenie wszystkich możliwych zajęć. Udaje mi nie spóźniać się na stołówkę. Przy dobrym planowaniu jestem w stanie wygospodarować dwadzieścia minut na popołudniową drzemkę, co przez pierwsze dni było nieosiągalnym marzeniem

Dzień 8.

Moja rutyna zostaje zaburzona. Rano dostaję informacje, że jedna z instruktorek jest w szpitalu i mam poprowadzić jej zajęcia. Codziennie pokazywała dzieciom, jak upiec takie czy inne ciasto, a o mnie krążyła plotka, że robię dobre... ciastka maślane. Więc teraz dopóki nie wróci, pół dnia spędzam w kuchni.
Więc po zdjęciu sztormiaka zakładałem fartuch, wyciągałem blachy, rozgrzewałem piekarniki i z przepisami w ręku zarządzałem pieczenie brownie, szarlotki, murzynka. Moje zastępstwo trwało trzy dni. Nie wyszedłem na tym tak źle, przynajmniej najadłem się trochę słodyczy.

Dzień 10.

Siedzę na wiosłowej łódce przywiązany do boi. W ręku trzymam megafon.

-Jak masz dziób w kierunku do wiatru, to do przodu nie popłyniesz! - krzyczę. Dziesiąty,może dwudziesty raz. Regaty trwają w najlepsze. Najpierw czułem się głupio, że załogi szkolone przeze mnie nie potrafią dopłynąć do drugiej boi. Potem się okazało, że żadna nie potrafi i zmienialiśmy trasę. Teraz płyną już dziesiąte okrążenie, a ja powoli łapię się na tym, że zamknięcie oczu może skończyć się niekontrolowaną drzemką. Więc zacząłem podpowiadać. Wszystkim, po równo. Żeby przynajmniej mieć jakieś zajęcie.
Nie wiem, jak to się stało, że moje załogi zajęły większość miejsc na podium. Naprawdę nie wiem.

Dzień 14.

Trzy kanapki dziennie na śniadanie, dwie na kolacje. Właśnie jem 67. kanapkę z serem od przyjazdu. Do końca turnusu zostały dokładnie 3 godziny i 27 minut. Szybko kończę śniadanie i idę sprawdzać postępy pakowania moich podopiecznych. Jak się okazuje, skarpetki zostały nawet pod prysznicem, a nowa bluza czy niedzielne dżinsy nie zasłużyły na powrót do domu. W obu moich pokojach znalazłem też tyle płynów do kąpieli, że sam nie musiałbym zachodzić do drogerii do końca roku.
Idę po placu apelowym. Jest pochmurno i chłodno. Dzieciaki wymieniają się po raz trzeci numerami telefonów, przypominających o swoich nazwiskach, nickach na snapie i instagramie, które przed chwilą napisali sobie nawzajem na rękach, czapkach i koszulkach. Autokary ruszają i oddalają się od ośrodka. Kilkanaście machających rąk powoli opada. Nie mam przy sobie walizki. Minął dopiero pierwszy turnus. Jeszcze dwa przede mną.

systemu komentarzy dostarcza Disqus
nasi partnerzy